Nowy Kodeks Wyborczy.
Uchwalono nowy Kodeks Wyborczy. Jest w nim kilka ciekawych zapisów. „Ciekawy” nie zawsze jednak znaczy „dobry”.
Najbardziej oczywistą pozytywną zmianą jest wprowadzenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych do Senatu. To oznacza, że (wreszcie!) głosować będziemy nie na partię, lecz na konkretnego człowieka. Oczywiście większość ludzi i tak nadal będzie głównie obchodziło, z której kto jest partii i głosowało według tego i nie ma w tym w sumie nic złego. Ale może chociaż część zainteresuje się na tyle, żeby przynajmniej zobaczyć, jaki kto ma program wyborczy, zamiast bezmyślnie stawiać krzyżyk przy pierwszym lepszym z danej partii. Może.
Najbardziej oczywistą negatywną zmianą jest wprowadzenie trzydziestopięcioprocentowych parytetów. Pomimo całego mojego feminizmu, jeśli można to tak określić, jestem przeciwna parytetom. To sztuczne ustawianie barier i limitów, niczego nie załatwia. Jasne, fajnie że będzie więcej kobiet w Sejmie. Ale czemu do cholery mają potrzebować jakichś sztucznie ustawianych progów, żeby dorwać się do władzy? To nie jest równouprawnienie. To jest zaprzeczenie równouprawnienia. Jeśli kobiety potrzebują takich dodatkowych szans to znaczy jedynie, że w społeczeństwie nie ma równouprawnienia.
Pozostałe zmiany, które wprowadza ten nowy Kodeks, są mi w zasadzie obojętne, chociaż raczej pozytywne w ogóle, tylko nie wiem, jak to wszystko wyjdzie w praniu. Mam na myśli głównie możliwość głosowania korespondencyjnego dla Polaków przebywających za granicą i dwudniowe wybory. Co do zakazu umieszczania płatnych spotów wyborczych w radiu i telewizji oraz billboardów i plakatów o powierzchni większej niż 2 metry kwadratowe, cóż, jestem pewna, że komitety wyborcze znajdą inny, nowy sposób na zalewanie nas kampanią bez nich. Ale póki co, okej, fajnie, może będzie przynajmniej odrobinę spokojniej, mniej agresywnie. Bo bardziej merytorycznie to raczej nie.
Teraz czekam na uchwalenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych również do Sejmu. I mam nadzieję, że ktoś pozbędzie się tych parytetów, a jeśli nie, to że przynajmniej nikomu nie przyjdzie do głowy ich podwyższać, bo to dopiero byłby cyrk na kółkach. Wiecie, równouprawnienie nie znaczy, że w każdym miejscu musi być tyle samo kobiet i mężczyzn. To znaczy, że w każdym miejscu może być ich tyle samo. Albo więcej kobiet. Albo więcej mężczyzn. Chodzi o to, żeby dla każdego, bez względu na jego płeć, rasę, orientację seksualną czy religię, istniała taka sama możliwość, taka sama okazja i ten sam wybór. I taka sama płaca. Żebym mogła, jeżeli zechcę, kandydować do Sejmu i mieć taką samą szansę, co równie wykształcony i wykwalifikowany mężczyzna, i żeby dostawać dietę tej samej wysokości. Ale to wszystko musimy zdobyć w łonie społeczeństwa, to społeczeństwo musi zrozumieć, że płeć i rasa, i orientacja, i religia nie mają znaczenia, że znaczenie mają kwalifikacje, wykształcenie, zdolności – cechy indywidualne każdego człowieka, nie jego przynależność do tej czy innej grupy. Stawianie sztucznych barier i progów w niczym nie pomoże.
Au-delà: un.
A/N: Ten tekścik to zaledwie pierwsza z planowanej serii miniaturek z uniwersum arturiańskiego. Mają to być po trochu takie moje impresje literackie, po trochu wprawki warsztatowe (jak niektórzy wiedzą, moją wielką słabością są opisy i teksty niefabularne, muszę nad nimi popracować; stąd wybór tej, nie innej formy i konwencji), a po trochu zwyczajnie wyraz mojego uwielbienia dla Legend Arturiańskich. Właściwie to chciałam opublikować na angielskiej wersji bloga angielską wersję tekstu, przetłumaczoną przeze mnie, ale postanowiłam wrzucić tu też oryginał, dla porównania.
Endżoj, mam nadzieję. Liczę na komentarze i konstruktywną krytykę :)
Wszystkie nazwy, o ile nie są spolszczone, pochodzą z francuskiej wersji legendy, na niej bowiem głównie się opieram. (Ale nie tylko.)
Cirque du Soleil, czyli jak zachwycić ruchem i muzyką.
Miało być o moim półtoramiesięcznym pobycie we Francji, ale nie będzie. Jak wróciłam, nie miałam czasu napisać dłuższego reportażu, a teraz, gdy już mam czas, nie mam ochoty. Emocje opadły, już uwierzyłam, że jestem wreszcie w domu i już tam nie wracam, nie chcę tego wspominać i rozwlekać. Francja dalej jest piękna, ale chyba będę się odtąd trzymała z daleka od bogatych ludzi.
Zamiast więc relacji z wyjazdu, podzielę się z Wami moją miłością. Miłość nazywa się Cirque du Soleil i poznanie jej zawdzięczam Oli.
Siedziałyśmy w Bofie, tj. w bufecie Collegium Paderevianum (tak, wiemy, że normalni ludzi znają to miejsce pod nazwą baru „Słowianki”). Jak zwykle naokoło było strasznie głośno, a my miałyśmy akurat trochę wolnego pomiędzy zajęciami. Ola wyciągnęła wtedy mp3 i kazała nam słuchać. Ettariel wzięła jedną słuchawkę, ja drugą i posłuchałyśmy. Nie za wiele dosłyszałyśmy, ale i tak nam się podobało. Piosenka miała tytuł „Allegria” i śpiewana była pięknym, czystym głosem w trzech językach. No, miód na moje filologiczne serce! Potem poszło już szybko: Ola pożyczyła „Ka”, obejrzałam, zakochałam się, zdobyłam więcej… i tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda z Cirque du Soleil.
Czymże więc jest Cirque du Soleil? Ano, jak sama nazwa wskazuje, jest cyrkiem. Daleko mu jednak do wykonywanych w namiociku sztuczek ujeżdżaczy koni, akrobatów na trapezikach i klaunów, którzy nie śmieszą, raczej już przerażają. Oj, daleko.
Spektakle Cirque du Soleil to feeria barw, kostiumów, scenografii, ruchu, dźwięku, muzyki i słowa. Każdy spektakl budowany jest z rozmachem i profesjonalizmem, każdy ma pewną myśl przewodnią, opowiada jakąś historię; przeważnie każdy z elementów kręci się wokół tego samego motywu, ale wspomniane już wyżej „Ka” to prawdziwa opowieść, z fabułą, wyrazistymi bohaterami i oszałamiającym wykonaniem.
Artyści Cyrku to prawdziwi zawodowcy; każde przedstawienie, każdy element, każdy moment, każdy ruch mają dopracowane do perfekcji. To nie są banalne sztuczki cyrkowe; tutaj akrobatyka odbiera widzom dech w piersiach, klauni rozśmieszają do łez, a muzyka zachwyca. Jakimż przeżyciem musi być oglądanie tego na żywo!
Ze wszystkich obejrzanych przez mnie spektakli, dotąd moim absolutnym faworytem pozostaje „Ka”, choć i inne są warte uwagi. „Ka”, jak wspominałam, opowiada pewną historię – historię królewskich bliźniaków, których atak wroga rozdzielił i którzy poprzez dalekie krainy dążą do spotkania i do uratowania swego królestwa, po drodze spotykając wiernych przyjaciół i nawet… miłość. Opowieść kończy się heroiczną, spektakularną walką i szczęśliwym powrotem do domu.
Feeria barw i świateł, bogactwo kostiumów i charakteryzacji, piękno i dynamizm ruchu, przecudowna muzyka – przenoszą człowieka w zupełnie nowy, nieznany dotąd świat wrażeń zmysłowych, gdzie słowo jest tylko dźwiękiem, a nośnikiem sensu, treści i emocji jest całokształt dziejącego się przed naszymi oczyma spektaklu. Całość okraszona jest niesamowitą scenografią, pełną najnowszych technologii i stworzoną z takim rozmachem, że odgrywanie spektaklu może się odbywać jedynie w specjalnie do tego przygotowanym studio MGM Grand w Las Vegas. Ogromna, dotykowa płyta przesuwa się i zmienia kąt nachylenia, pozwalając stworzyć niesamowity efekt walki na całkowicie wertykalnym podłożu; ogromny ptak, stworzony w części z samych akrobatów, leci nad widownią; główna bohaterka i jej ukochany tańczą pomiędzy ogromnymi drzewami dzikiej dżungli; potężny statek tonie powoli, zalewany falami straszliwej burzy; spadający z niego ludzie toną, coraz głębiej zanurzając się pod wyświetlaną za nimi na ekranie wodę…
Nie tylko rozmach przedsięwzięcia zapiera dech w piersiach; także i gra aktorska. Bohaterowie nie są bowiem „tylko” akrobatami, ale i prawdziwymi aktorami – w ich twarzach, spojrzeniach, ruchach widzimy każdą rozedrganą emocję, każde niewyrażalne słowami odczucie, każdy przekaz, jaki potrzebny jest nam do zrozumienia historii. W całym spektaklu bowiem nikt nie wypowiada ani jednego słowa w którymś ze znanych ludzkości języków; artyści uciekają się do glosolalii, inaczej mówiąc – wymyślili swój własny język i tylko nim posługują się podczas spektaklu. Słowa nie mają znaczenia; liczy się gest, spojrzenie, mimika, muzyka.
Zapiera dech w piersiach. I zostaje, zostaje na długo; oglądam „Ka”, przeplatając je z innymi spektaklami Cirque du Soleil, co najmniej raz w miesiącu, i z każdym razem zachwycam się na nowo. A w międzyczasie słucham muzyki z soundtracków, coraz głębiej i głębiej zsuwając się w odmęty obsesji.
Przekonajcie się sami. Gorąco polecam.
A Allegria stała się hymnem Morpionów. Dopisałyśmy nawet zwrotkę po francusku… :)
Wybory: T – 2 dni.
Odebrałam dzisiaj na poczcie list polecony, którym mama przysłała mi moje zezwolenie na głosowanie gdziekolwiek bądź. List był priorytetowy: mama wysłała go w poniedziałek, wczoraj przyszło awizo. Poczta Polska znów pobija rekordy. No ale już nie marudzę; w końcu przyszedł na czas, prawda?
W niedzielę więc wezmę zaświadczenie w łapkę, dowód osobisty w drugą i powędruję do lokalu wyborczego, żeby być dobrą obywatelką i oddać głos. Ważny, a jakże. Ogromna ilość moich znajomych – głównie płci żeńskiej i żywiej niż ja manifestujących swój feminizm – idzie na wybory, owszem, ale zamierza dorysować kratkę i zagłosować na Cthulhu. Albo Lady Gagę.
Dlaczego, zapytacie? Ano dlatego, że nie lubią Napieralskiego. Miały głosować na Komorowskiego, ale po jego komentarzu na temat „zawodów nieodpowiednich dla pań” i „kaszalotów”, wolą oddać nieważny głos. Dla mnie to trochę niepojęte.
Jasne, Komorowski nie jest moim idealnym kandydatem. Mój idealny kandydat nie istnieje. Jakby tak wziąć poglądy społeczne, młodość i energię Napieralskiego, poglądy gospodarcze, inteligencję i doświadczenie Komorowskiego oraz zdolności polityczne i wyczucie społeczne Kaczyńskiego – tak, to byłby mój idealny kandydat.
I jeszcze żeby wyglądał jak Johnny Depp. Ale wtedy to już byłby kandydatem na męża, nie na prezydenta ;)
Tylko że taki kandydat nie istnieje. Trzeba się więc zadowolić tym słynnym „mniejszym złem”, w które nie wierzył Wiedźmin. (To określenie zawsze przywodzi mi na myśl Geralta. I Dzierzbę.) Dla mnie tym „najmniejszym złem” jest właśnie Komorowski. Nie uznaję oddawania nieważnego głosu. Bo każdy nieważny głos to punkt dla „większego zła”.
Moim „mniejszym złem” jest właśnie Komorowski. Wiem, że poświęcam swoje poglądy na temat aborcji, związków rejestrowanych, świeckości państwa, in vitro, kary śmierci etc., ale składam je na ołtarzu czegoś, co w chwili obecnej uważam za ważniejsze – podatku liniowego, jednomandatowych okręgów wyborczych, wolnego rynku, reprywatyzacji, jasnego rozdzielenia kompetencji poszczególnych gałęzi władzy etc. Ponadto kandydatura Komorowskiego obiecuje stabilizację życia politycznego, może Platformie uda się w końcu trochę poreformować?
Ale jest coś jeszcze. Ja po prostu Go, cholera, lubię. Jak widzę go w jakiś Faktach przelotem albo czytam o nim w artykułach czy komentarzach publicystów to nie, nie wydaje mi się ani sympatyczny, ani inteligentny, tylko… nijaki.
A potem oglądam cały wideoczat, jak ten u Tomasza Machały, albo czytam wywiad, jak ten w Gazecie Wyborczej… i nagle się okazuje, że ten facet jest piekielnie inteligentny, bystry, mówi z sensem, ma poczucie humoru i dystans do siebie, jest szczery, ma pojęcie o swojej robocie i w dodatku jak rasowy mąż stanu bierze pod uwagę to, czego naród potrzebuje w danym momencie, a nie to, jak go potem będą opisywali dziennikarze.
(Tak, mówię o orędziu i konferencji prasowej po katastrofie 10 kwietnia; okazywanie uczuć jest w porządku, ja sama nie mogłam wtedy przestać płakać, ale głowa państwa nie może rozkleić się na wizji w takiej sytuacji. Mówiłam to wtedy, powtarzam teraz, wtórując samemu Komorowskiemu: prezydent, czy raczej w tym wypadku pełniący obowiązki prezydenta, musi być ostoją zdrowego rozsądku, musi trzymać emocje na wodzy, mieć zimną głowę, myśleć logicznie, musi pokazać narodowi – i światu, a to wcale nie mniej ważne! – że ktoś jest u władzy, że wszystko się nie rozpadło, że państwo funkcjonuje, musi przekazać poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, musi działać szybko, sprawnie i profesjonalnie; i to właśnie zrobił wtedy Komorowski. A to, że potem dziennikarze oskarżyli go o brak emocji i drewnianość wypowiedzi, to sprawa drugoplanowa.)
W tym wywiadzie w Wyborczej wszystko to widać, jak na dłoni: tę inteligencję, tę dumę, ale nie arogancję, dystans do siebie, ten profesjonalizm, szczerość, poczucie humoru, to zdrowe podejście do samego siebie, do przyjaciół, wrogów i polityki, i do patriotyzmu, i do symboli, którymi tak chętnie szafują jego polityczni konkurenci (a raczej jeden konkurent).
To dlatego pójdę i zagłosuję na Bronisława Komorowskiego.
Zastanawia mnie tylko jedno: dlaczego sztab i media tak usilnie kreują Go na idiotę…?
Niepojęte.
System Eliminacji Studentów Jest Aktywny
Sesja trwa w najlepsze. Za mną trzy egzaminy, z czego dwa już wiem, że zdałam, z trzeciego wyniki dopiero we wtorek. W tej sesji mam prawie same egzaminy-giganty. Jedynymi lekkimi egzaminami są Literatura Arturiańska (którą zdawałam w terminie zerowym, tj. dzień przed sesją, i dostałam piąteczkę, co nikogo nie zdziwiło, bo moja obsesja na punkcie legend arturiańskich jest szeroko znana) i Gramatyka Kontrastywna Polsko-Francuska (bo de facto powtarza wszystko, co już przerabialiśmy; ten egzamin mnie dopiero czeka we wtorek). We wtorek miałam pisemny włoski, dziś ustny, w sumie zaliczyłam na 3.0 (nie jest to może chwalebna ocena, ale egzamin był z 1,5 roku nauki, a włoski wcale nie jest taki prosty, jak się wydaje), a wczoraj była Gramatyka Opisowa i sadzenie drzew.
Jeśli chodzi o sadzenie drzew to spodziewałam się, że pójdzie mi w miarę dobrze, bałam się teorii. Tymczasem to właśnie z teorią było mniej problemu niż z drzewami. Sam fakt, że moje drzewo zajęło cztery kartki papieru kancelaryjnego i jeszcze jedną stronę A4 (które doklejaliśmy taśmą klejącą, lol), mówi za siebie. A, pytacie, czym jest sadzenie drzew? Otóż sadzenie drzew to rozbiór zdania po francusku. Nie jest to wcale proste, a wręcz przeciwnie. Każdą syntagmę (grupę wyrazów połączonych związkiem składniowych) trzeba rozebrać na najmniejsze możliwe kawałki i każde ze zdań umieścić odpowiednio w drzewie tak, żeby przedstawiało ono hierarchiczny schemat, to znaczy, że jedno zdanie jest podrzędne względem drugiego albo współrzędne względem innego. Uczyliśmy się tego cały rok, a teraz… cóż, niech wystarczy Wam taki obrazek: Amelia patrzy na zdanie do rozebrania. Zdanie jest z Prousta. Jest długie na siedem linijek. Amelia czyta zdanie. Nie rozumie. Czyta po raz drugi. Nie rozumie. Czyta po raz dziesiąty i nadal, cholera, nie rozumie. W końcu udaje jej się mniej więcej ustalić, gdzie uciąć zdanie złożone na zdania proste (a po francusku bezokolicznik i imiesłowy też się liczą jako zdania) i wychodzi jej ich 11. Rysuje schemat i tabelkę z funkcjami każdego zdania podrzędnego względem nadrzędnego, potem rysuje drzewo, czyta zdanie jeszcze raz…i nadal go nie rozumie.
Nie spodziewam się zdania tego egzaminu. Z drugiej strony, wszyscy po wyjściu mieli takie same miny…
To powyżej to bardzo prosty przykład, jak wygląda takie posadzone drzewo z polskimi tłumaczeniami tego, co się dało przetłumaczyć (nie mam pojęcia, jak przetłumaczyć MOD…). Tak dla samej radości sadzenia drzew go zrobiłam ;D
Jutro za to kolejny egzamin-gigant, czyli TP (TP = Travaux Pratiques = Praktyczna Nauka Języka). Jestem na jakieś 90% pewna, że go zawalę i 100% pewna, że jeśli zawalę, to na pewno gramatyką. W tym roku gramatyka w ogóle mi nie szła. Doszliśmy do etapu, gdzie zmiana rodzajnika może zmienić sens zdania, a tym samym wymusić gramatyczną zmianę czegoś innego. Niuanse, których ja zwyczajnie nie czuję.
W poniedziałek ustny – o ile zdam jutro ten pisemny – a we wtorek wyniki z Gramatyki Opisowej i egzamin z Gramatyki Kontrastywnej. A 26 egzamin z Historii Literatury Francuskiej, którego cholernie się boję, bo lektur przeczytałam mało, a prowadząca jest cholernie wymagająca. I podobno drugiego dnia zawsze większość oblewa. I w ogóle. Ech.
Jeszcze dwa przedmioty kończące się egzaminem miałam w tym roku, ale jeden z nich – Français Commercial, czyli Francuski Handlowy – mam już zaliczony, bo zamiast egzaminu mieliśmy w ciągu semestru dwa kolokwia i referat. Drugi – z Historii Literatur Europejskich – natomiast polega na napisaniu pracy na wybrany temat, który dotykać ma literatury więcej niż jednego kraju. Ja oczywiście wybrałam sobie temat z legend arturiańskich, będę pisać o Merlinie, ale niestety nie zdążyłam przeczytać wszystkiego, co chciałam, więc będę składać pracę i bronić jej dopiero we wrześniu. Napisanie jej przez wakacje może być problematyczne, jeśli będę w tym czasie we Francji, ale coraz bardziej wygląda na to, że chyba nie pojadę, bo agencja, z którą to załatwiam, milczy tajemniczo. Chyba do nich jednak zadzwonię dziś.
Tak czy inaczej, sesja w toku.
Z czego Polacy są zadowoleni?
Miałam się podzielić jakimś bardzo błyskotliwym spostrzeżeniem na temat polityki, ale zapomniałam jakim. Skleroza nie boli. Nic to, mam coś innego na tapecie, o czym chcę poopowiadać. Zalinkował to @ErykMistewicz na Twitterze już kilka dni temu, ale na weekend pojechałam byłam do domu, nie było więc okazji o tym napisać. (Nie bez kozery u góry mam informację, że to (nie)codzienne zmagania.)
Otóż chodzi o badanie, które przeprowadziło BVA dla Institut Paul Delouvrier. Informacje w nim zawarte nie są może jakoś szczególnie odkrywcze w ogólności – bo chyba nikogo nie dziwi, że Europejczycy za priorytet uważają zatrudnienie i walkę z bezrobociem, system opieki zdrowotnej oraz edukację, zaś za najmniej istotne uważają transport publiczny, kulturę i obronę? – ale dla mnie zaskakujące, jeśli chodzi o szczegóły dotyczące Polski. Wyniki badania nie zgadzają się bowiem z tym, z czym spotykam się na co dzień. O ile jeszcze priorytety Polaków, to jest zatrudnienie i system opieki zdrowotnej, są całkowicie zrozumiałe i oczywiste (aczkolwiek bardzo niskie, nie przekraczające 20%, a sięgające w dół aż do 2% zaledwie, wyniki pozostałych kryteriów wiele mówią o stanie zatrudnienia i tejże opieki w Polsce, skoro wszyscy tak jednomyślnie uznają je za priorytet, którym rząd powinien się jak najprędzej zająć), o tyle zaskoczyło mnie, jak bardzo pozytywnie Polacy wypowiadają się o różnych sferach władzy. Spośród ośmiu badanych nacji, jedynie Brytyjczycy są bardziej zadowoleni z działań swojego rządu! (Chociaż Francuzi gonią nas, ze średnią zaledwie o dwa procent niższą, niźli nasza.)
Wejdźmy w detale, to one bowiem są najbardziej zadziwiające. Największym zaufaniem cieszy się bowiem… policja. Kompletna niespodzianka, bo osobiście może jeden na dziesięciu ludzi, których poglądy znam, ma dobrą opinię na jej temat. Znacznie częściej spotykam się z przypadkami strasznego malkontenctwa, marudzenia i psioczenia na policję i policjantów. Aż trudno uwierzyć, że 59% respondentów tak dobrze ich oceniło!
Drugie w rankingu, z wynikiem 56%, jest środowisko. Ja jakoś nie zauważyłam, żeby rząd szczególnie starał się dbać o środowisko, nie przypominam sobie żadnych ustaw ani oficjalnych akcji w tym kierunku. Fakt, Rospuda się uchowała, ale trudno to nazwać wielkim sukcesem. Całkiem możliwe, że się mylę i jestem ignorantką (pochodzę ze Śląska, mieszkam w Krakowie, na Nowej Hucie, sami wyciągnijcie wnioski), ale skoro ja o nich nie wiem, to przeciętny zjadacz chleba (nie żebym ja takim nie była) też raczej nie będzie miał dużo rozleglejszej wiedzy. Dlatego ten rezultat dziwi.
Dalej, z wynikami odpowiednio 51% i 50%, w kolejce stoją edukacja oraz fiskus i zbieranie podatków, co zaskoczeniem jest znacznie mniejszym. Polacy zawsze chętnie chwalą się swoimi wyższymi szkołami, wykształconymi, kompetentnymi pracownikami i dużą ogólną wiedzą przeciętnego obywatela. Czy słusznie – to inna sprawa, niemniej tendencja taka w narodzie istnieje (co ciekawe, za granicą także uważają edukację w Polsce za naszą mocną stronę. Niewielu ludzi widzi naglącą potrzebę zmian i reform). Podatki też są zrozumiałe – nie tak dawno mieliśmy przecież obniżenie stawki, wprowadzili możliwość rozliczania się z fiskusem przez Internet, coś się przy tym rusza, coś się dzieje, dobrze jest. Przynajmniej z moich doświadczeń z rozmów przeróżnych wynika, że tak właśnie ludzie to widzą.
Dalej w rankingu znajdują się wymiar sprawiedliwości, pomoc społeczna i zakwaterowanie z wynikami odpowiednio 42%, 33% i 29%, peleton zaś zamykają to niesławne zatrudnienie (15%) i system opieki zdrowotnej (11%). I tutaj już, oczywiście, niespodzianki nie ma.
Skąd więc w narodzie tyle zadowolenia? Nie wiem. Czy należy wierzyć badaniu? To też trudno stwierdzić; niemniej wygląda ono całkiem poważnie, mimo że 655 to nie jakaś zawrotna liczba respondentów. Może ktoś ma jakieś wytłumaczenie, skąd ta rozbieżność badania z prawdziwym życiem?
Och, i przypomniałam sobie, o czym chciałam napisać. Jednak nie chodziło o politykę, a w każdym razie nie bezpośrednio. Teraz jednak robi się późno, więc zostawię te rozważania na inny dzień. O ile znów nie zapomnę :)
Leon Zawodowiec
Obejrzałam właśnie „Leona Zawodowca” w reżyserii Luca Bessona. Nie żeby to był pierwszy raz, ale minęło dobrych kilka lat, od kiedy ten film ostatnio widziałam i oprócz faktu, że grał w nim Jean Reno i że opowiadał on o profesjonalnym płatnym mordercy oraz dziewczynce – nic z niego nie pamiętałam. Miło mi się odświeżało pamięć; z domu przywiozłam najlepsze w świecie ciasto rabarbarowe, do tego herbata po angielsku i już mamy zapewniony bardzo przyjemny wieczór.
(Uwaga, poniżej są spoilery.)
Kościół Katolicki znów zarabia punkty ujemne.
To moja pierwsza notka na tym blogu, ale przedstawiać się nie będę. Odpowiednie podstrony na prawo, w menu, zapraszam. Zamiast tego napiszę o czymś, co mnie dziś bardzo poruszyło. I nie ma to wcale nic wspólnego z powodzią, najpopularniejszym w ostatnich dniach tematem.
Chodzi o ten artykuł.
Jak donosi autorka tekstu, Rada Episkopatu ds. Rodziny wydała oświadczenie, wedle którego wiernym popierającym zapłodnienie in vitro zabrania się przyjęcia Komunii Św. Tak, dobrze czytacie. Nie chodzi wcale o tych, którzy z niego korzystali, a zatem – wedle nauki Kościoła Katolickiego – popełnili grzech śmiertelny. Tym razem na celowniku znajdują się również ci, którzy in vitro tylko popierają. Nie mogą oni przystąpić do Komunii, dopóki nie wyprą się tych poglądów. Zgodnie z tą logiką wielu polityków, w tym niektórzy prawicowi kandydaci na Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej (oraz jeden jedyny rodzynek lewicowy, ale to się rozumie samo przez się), nie może przyjąć sakramentu.
Ja też nie.
Żeby pomóc zrozumieć moje poruszenie, pozwolę sobie na kilka słów wyjaśnienia. Uważam się za katoliczkę, wierzę w zasadnicze dogmaty wyznawane przez Kościół Katolicki, religię praktykuję. Jednocześnie jednak mam cały zestaw liberalnych poglądów stojących w sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem kościoła. Staram się pogodzić jedno z drugim i pozostać wierną tak swoim przekonaniom, jak i wierze. Ale Kościół Katolicki, między innymi przez wypowiedzi takie jak powyższa, wcale mi zadania nie ułatwia. Coraz silniej czuję, że o ile zależy mi na przynależności do wspólnoty katolików, o tyle nie chcę mieć nic wspólnego z Kościołem jako instytucją.
Bo jeśli zabraniamy zwolennikom in vitro przyjmowania Komunii, to czemu od razu nie uznać, że zwolennicy antykoncepcji również popełniają grzech śmiertelny? Skoro jednak poparcie antykoncepcji nie pozwala na przystąpienie do sakramentu, to samo zastosowanie środków antykoncepcyjnych tym bardziej! A jaka różnica, w jakim celu się ich używa? Skoro nie ma znaczenia, że ostatecznym celem zapłodnienia in vitro jest stworzenie życia – i to stworzenie z miłości, z powodu wewnętrznej potrzeby, a nie jak w wielu wypadkach „naturalnych” ciąż – z przypadku, gdy dziecko jest nieplanowane, a często niechciane; skoro więc nie ma to znaczenia, to z pewnością powody zażywania hormonów też się nie liczą. Tym samym ja też jestem grzesznicą, ponieważ przyjmuję hormony. Co z tego, że są one moją jedyną szansą na zapanowanie nad chorobą, która czyni mnie bezpłodną? Analogia jest przecież podobna. (Warto w tym miejscu dodać, że sprawa porusza mnie tym bardziej, że dotyczy mnie bezpośrednio; jeśli kuracja hormonalna się nie powiedzie, in vitro zostanie moją jedyną opcją posiadania dzieci w przyszłości; czuję się trochę dziwnie spekulując na ten temat i mając skończone ledwo dwadzieścia jeden lat, ale nie mogę zaprzeczyć, że jest to dla mnie ważna kwestia.)
Specjalnie nie odnoszę się do problemu niszczenia dodatkowych zarodków, gdyż jest to sprawa poniekąd osobna. Temat na inną okazję, zresztą żeby go poruszyć, będę musiała najpierw dojść do tego, jakie sama w tym względzie mam stanowisko. Jednakże według Kościoła in vitro samo w sobie jest „etycznie nie do przyjęcia” (vide cytowany w artykule fragment „Dignitas Personae”) i o ile tę ocenę mogę zaakceptować, mimo że się z nią nie zgadzam, o tyle oświadczenie polskiej Rady Episkopatu jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. Tym bardziej, że Kościół znów sam sobie podcina skrzydła: alienuje dużą grupę wiernych, zamiast spróbować dialogu – zakazuje. Co gorsza nie zakazuje jedynie określonego czynu – zakazuje sposobu myślenia. A to już bardzo niepokojące zjawisko.
Nic dziwnego, że coraz więcej młodych ludzi od Kościoła się odwraca i deklaruje ateizm lub też poszukuje przeżyć duchowych w innych źródłach, szczególnie w religiach wschodu. Sama czasem mam ochotę to uczynić.
Póki co jednak, gdy już pierwsze emocje opadły, na oświadczenie Rady Episkopatu wzruszam ramionami i uznaję za bzdurę. A w niedzielę wybieram się do Komunii Świętej.
