Cirque du Soleil, czyli jak zachwycić ruchem i muzyką.
Miało być o moim półtoramiesięcznym pobycie we Francji, ale nie będzie. Jak wróciłam, nie miałam czasu napisać dłuższego reportażu, a teraz, gdy już mam czas, nie mam ochoty. Emocje opadły, już uwierzyłam, że jestem wreszcie w domu i już tam nie wracam, nie chcę tego wspominać i rozwlekać. Francja dalej jest piękna, ale chyba będę się odtąd trzymała z daleka od bogatych ludzi.
Zamiast więc relacji z wyjazdu, podzielę się z Wami moją miłością. Miłość nazywa się Cirque du Soleil i poznanie jej zawdzięczam Oli.
Siedziałyśmy w Bofie, tj. w bufecie Collegium Paderevianum (tak, wiemy, że normalni ludzi znają to miejsce pod nazwą baru “Słowianki”). Jak zwykle naokoło było strasznie głośno, a my miałyśmy akurat trochę wolnego pomiędzy zajęciami. Ola wyciągnęła wtedy mp3 i kazała nam słuchać. Ettariel wzięła jedną słuchawkę, ja drugą i posłuchałyśmy. Nie za wiele dosłyszałyśmy, ale i tak nam się podobało. Piosenka miała tytuł “Allegria” i śpiewana była pięknym, czystym głosem w trzech językach. No, miód na moje filologiczne serce! Potem poszło już szybko: Ola pożyczyła “Ka”, obejrzałam, zakochałam się, zdobyłam więcej… i tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda z Cirque du Soleil.
Czymże więc jest Cirque du Soleil? Ano, jak sama nazwa wskazuje, jest cyrkiem. Daleko mu jednak do wykonywanych w namiociku sztuczek ujeżdżaczy koni, akrobatów na trapezikach i klaunów, którzy nie śmieszą, raczej już przerażają. Oj, daleko.
Spektakle Cirque du Soleil to feeria barw, kostiumów, scenografii, ruchu, dźwięku, muzyki i słowa. Każdy spektakl budowany jest z rozmachem i profesjonalizmem, każdy ma pewną myśl przewodnią, opowiada jakąś historię; przeważnie każdy z elementów kręci się wokół tego samego motywu, ale wspomniane już wyżej “Ka” to prawdziwa opowieść, z fabułą, wyrazistymi bohaterami i oszałamiającym wykonaniem.
Artyści Cyrku to prawdziwi zawodowcy; każde przedstawienie, każdy element, każdy moment, każdy ruch mają dopracowane do perfekcji. To nie są banalne sztuczki cyrkowe; tutaj akrobatyka odbiera widzom dech w piersiach, klauni rozśmieszają do łez, a muzyka zachwyca. Jakimż przeżyciem musi być oglądanie tego na żywo!
Ze wszystkich obejrzanych przez mnie spektakli, dotąd moim absolutnym faworytem pozostaje “Ka”, choć i inne są warte uwagi. “Ka”, jak wspominałam, opowiada pewną historię – historię królewskich bliźniaków, których atak wroga rozdzielił i którzy poprzez dalekie krainy dążą do spotkania i do uratowania swego królestwa, po drodze spotykając wiernych przyjaciół i nawet… miłość. Opowieść kończy się heroiczną, spektakularną walką i szczęśliwym powrotem do domu.
Feeria barw i świateł, bogactwo kostiumów i charakteryzacji, piękno i dynamizm ruchu, przecudowna muzyka – przenoszą człowieka w zupełnie nowy, nieznany dotąd świat wrażeń zmysłowych, gdzie słowo jest tylko dźwiękiem, a nośnikiem sensu, treści i emocji jest całokształt dziejącego się przed naszymi oczyma spektaklu. Całość okraszona jest niesamowitą scenografią, pełną najnowszych technologii i stworzoną z takim rozmachem, że odgrywanie spektaklu może się odbywać jedynie w specjalnie do tego przygotowanym studio MGM Grand w Las Vegas. Ogromna, dotykowa płyta przesuwa się i zmienia kąt nachylenia, pozwalając stworzyć niesamowity efekt walki na całkowicie wertykalnym podłożu; ogromny ptak, stworzony w części z samych akrobatów, leci nad widownią; główna bohaterka i jej ukochany tańczą pomiędzy ogromnymi drzewami dzikiej dżungli; potężny statek tonie powoli, zalewany falami straszliwej burzy; spadający z niego ludzie toną, coraz głębiej zanurzając się pod wyświetlaną za nimi na ekranie wodę…
Nie tylko rozmach przedsięwzięcia zapiera dech w piersiach; także i gra aktorska. Bohaterowie nie są bowiem “tylko” akrobatami, ale i prawdziwymi aktorami – w ich twarzach, spojrzeniach, ruchach widzimy każdą rozedrganą emocję, każde niewyrażalne słowami odczucie, każdy przekaz, jaki potrzebny jest nam do zrozumienia historii. W całym spektaklu bowiem nikt nie wypowiada ani jednego słowa w którymś ze znanych ludzkości języków; artyści uciekają się do glosolalii, inaczej mówiąc – wymyślili swój własny język i tylko nim posługują się podczas spektaklu. Słowa nie mają znaczenia; liczy się gest, spojrzenie, mimika, muzyka.
Zapiera dech w piersiach. I zostaje, zostaje na długo; oglądam “Ka”, przeplatając je z innymi spektaklami Cirque du Soleil, co najmniej raz w miesiącu, i z każdym razem zachwycam się na nowo. A w międzyczasie słucham muzyki z soundtracków, coraz głębiej i głębiej zsuwając się w odmęty obsesji.
Przekonajcie się sami. Gorąco polecam.
A Allegria stała się hymnem Morpionów. Dopisałyśmy nawet zwrotkę po francusku… :)
Ewa powiedział
01/02/2011 @ 22:56
ah… jak ja bym chciała tak na żywo… popatrzeć i posłuchać… jedno z moich rzeczy do urzeczywistnienia w najbliższej przyszłości…
Amelia E. Adler powiedział
01/02/2011 @ 23:09
“W najbliższej przyszłośći” – zazdroszczę. Wiele wody w Wiśle upłynie zanim mnie się uda dostać na jakiś spektakl Cirque du Soleil, jeśli w ogóle kiedyś… Ech.