Nowy Kodeks Wyborczy.
Uchwalono nowy Kodeks Wyborczy. Jest w nim kilka ciekawych zapisów. “Ciekawy” nie zawsze jednak znaczy “dobry”.
Najbardziej oczywistą pozytywną zmianą jest wprowadzenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych do Senatu. To oznacza, że (wreszcie!) głosować będziemy nie na partię, lecz na konkretnego człowieka. Oczywiście większość ludzi i tak nadal będzie głównie obchodziło, z której kto jest partii i głosowało według tego i nie ma w tym w sumie nic złego. Ale może chociaż część zainteresuje się na tyle, żeby przynajmniej zobaczyć, jaki kto ma program wyborczy, zamiast bezmyślnie stawiać krzyżyk przy pierwszym lepszym z danej partii. Może.
Najbardziej oczywistą negatywną zmianą jest wprowadzenie trzydziestopięcioprocentowych parytetów. Pomimo całego mojego feminizmu, jeśli można to tak określić, jestem przeciwna parytetom. To sztuczne ustawianie barier i limitów, niczego nie załatwia. Jasne, fajnie że będzie więcej kobiet w Sejmie. Ale czemu do cholery mają potrzebować jakichś sztucznie ustawianych progów, żeby dorwać się do władzy? To nie jest równouprawnienie. To jest zaprzeczenie równouprawnienia. Jeśli kobiety potrzebują takich dodatkowych szans to znaczy jedynie, że w społeczeństwie nie ma równouprawnienia.
Pozostałe zmiany, które wprowadza ten nowy Kodeks, są mi w zasadzie obojętne, chociaż raczej pozytywne w ogóle, tylko nie wiem, jak to wszystko wyjdzie w praniu. Mam na myśli głównie możliwość głosowania korespondencyjnego dla Polaków przebywających za granicą i dwudniowe wybory. Co do zakazu umieszczania płatnych spotów wyborczych w radiu i telewizji oraz billboardów i plakatów o powierzchni większej niż 2 metry kwadratowe, cóż, jestem pewna, że komitety wyborcze znajdą inny, nowy sposób na zalewanie nas kampanią bez nich. Ale póki co, okej, fajnie, może będzie przynajmniej odrobinę spokojniej, mniej agresywnie. Bo bardziej merytorycznie to raczej nie.
Teraz czekam na uchwalenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych również do Sejmu. I mam nadzieję, że ktoś pozbędzie się tych parytetów, a jeśli nie, to że przynajmniej nikomu nie przyjdzie do głowy ich podwyższać, bo to dopiero byłby cyrk na kółkach. Wiecie, równouprawnienie nie znaczy, że w każdym miejscu musi być tyle samo kobiet i mężczyzn. To znaczy, że w każdym miejscu może być ich tyle samo. Albo więcej kobiet. Albo więcej mężczyzn. Chodzi o to, żeby dla każdego, bez względu na jego płeć, rasę, orientację seksualną czy religię, istniała taka sama możliwość, taka sama okazja i ten sam wybór. I taka sama płaca. Żebym mogła, jeżeli zechcę, kandydować do Sejmu i mieć taką samą szansę, co równie wykształcony i wykwalifikowany mężczyzna, i żeby dostawać dietę tej samej wysokości. Ale to wszystko musimy zdobyć w łonie społeczeństwa, to społeczeństwo musi zrozumieć, że płeć i rasa, i orientacja, i religia nie mają znaczenia, że znaczenie mają kwalifikacje, wykształcenie, zdolności – cechy indywidualne każdego człowieka, nie jego przynależność do tej czy innej grupy. Stawianie sztucznych barier i progów w niczym nie pomoże.
Hadar powiedział
09/02/2011 @ 01:47
Również uważam, że parytety nie są potrzebne, bo o wejściu do Sejmu czy Senatu powinny decydować indywidualne cechy, zasługi czy możliwości kandydata, a przede wszystkim głos wyborcy. Powinno się raczej promować równość w życiu społecznym, która będzie źródłem równych szans w parlamencie, naturalnie wynikającym. Dziś nie ma ograniczeń dla kobiet w możliwości zostania posłanką czy zdobyciu wykształcenia. Są nawet kierunki studiów, na których kobiety stanowią większość. Powinny więc mieć możliwość samodzielnego wykazania się w sferze publicznej jak każdy obywatel, ale wybór posła należy pozostawić wyborcom.
Co jeśli to kobiety kiedyś będą kiedyś w Sejmie większością? Czy wtedy wprowadzone zostaną parytety dla mężczyzn?
Amelia E. Adler powiedział
09/02/2011 @ 02:04
Teoretycznie już są wprowadzone. Wprowadzone właśnie prawo (które wejdzie w życie za pół roku) mówi, że na liście wyborczej każdego komitetu musi być nie mniej niż 35% kobiet i nie mniej niż 35% mężczyzn. To jest odrobinę “łagodniejsza” forma parytetów, bo nie odnosi się do końcowego wyniku, ile będzie w Sejmie kobiet czy mężczyzn, tylko do ich ilości na listach wyborczych.
A ja się pytam, co z ludźmi transseksualnymi albo obojnakami? Jakoś dla nich nikt parytetów nie wymyślał. Jak równouprawnienie to równouprawnienie, nieprawdaż? Uch.